Magik

Dziś – zamiast zwykłej notatki – opowiadanie. O takich dzieciach i ich życiu. Dla cierpliwych: 4190 znaków.

Magik

Następny, proszę. Wszedłem za nimi, uważając, żeby nie nadepnąć im na cień. Potem było to, co zwykle. Pokaż język, schowaj język, no, schowaj, nie chowa. A ja się tylko zamyśliłem.

Mam osiem lat. Jestem małym chłopcem. To jeszcze mały chłopiec, ma prawo się posiusiać. Ale oni w moim wieku już nie siusiali.

Albo inaczej: jesteś już dużym chłopcem, nie rób scen. Zwykle nie robię, czasem tylko. Jak ostatnio, gdy powiedzieli, że musimy jeszcze tylko tutaj, tutaj i tutaj, a potem już sobie pójdziemy. I zrobiłem scenę. Przywarł nam, rozumiesz, do ziemi.

***

Jest taki jeden magik, bardzo znany. Kiedy był mały, chłopaki z podwórka pakowali go do beczki i turlali z górki, choć wcale tego nie chciał. Ten magik miał dziadka, który powiedział, żeby spróbował kiedyś przywrzeć do ziemi, to go nie ruszą. Ale to nie jest takie łatwe. Trzeba uważać, żeby nie zostawić nawet bąbelka powietrza między ciałem a ziemią.

***

Chodzę z nimi do wielu miejsc, ale to nic takiego. Siedzimy i czekamy, czekamy i siedzimy, jeszcze chwilę i sobie pójdziemy, no, co, znowu zaczynasz?

Mają tam szklane gabloty, w środku zabawki, pluszowe, różne. Zamknięte za szybą, może należały do kogoś ważnego. Patrzę na te zabawki mocno, bardzo mocno, i czekam, aż przesunę je trochę wzrokiem w bok. Szkło wszystko utrudnia, nie wychodzi mi zanadto. Co robisz? Nic. Nic, nic, nigdy nic nie robisz, i laurki matce na imieniny nie narysowałeś. Kiedy ja nie mam przy sobie kredek. I dalej próbuję przesuwać te pluszaki za szybą. Nie jest mi łatwo.

Potem wracamy do domu i odzywają się telefony. Nie, nie, nic więcej nie wiedzą, zrobią mu jeszcze EEG, BBB, CCC i TraTaTa. Siedzę przy oknie i patrzę na płatki śniegu. Czasem uda mi się jakiś wzrokiem zawrócić i leci z powrotem do nieba. Mamy gdzieś sanki. Sanki? A widziałeś ten śnieg? Zaraz śladu po nim nie będzie. Ale śnieg pada i pada, więcej go do nieba nie zawracam. Czekam.

Śniegu jest już tyle, ale nigdzie nie idziemy. Synek ma taką nadwrażliwość, nie może dotykać, ani śniegu, ani nic. Mówią coraz szybciej, głośniej, więcej, a inni się na to dziwią, że, no, coś takiego, a oni znów, że na rączkach, na stopach, na buzi, no, pokaż państwu, w ogóle cały jest nadwrażliwy, a tamci, no, coś takiego, coś takiego, cały nadwrażliwy. Przesuwam ich wszystkich w bok siłą woli. Wszyst. Kich.

Lubię zimę, całymi godzinami mógłbym patrzeć na śnieg. Pospiesz się. Teraz nasza kolej. I wchodzimy. A tam od początku: a chodzisz do szkoły? Chodzę. A lubisz kolegów? Lubię. Ależ nie lubi, wcale nie lubi! No, jak lubisz? Masz jakiegoś? Nie mam. A co tam w szkole ciekawego robicie? Nic. Nic? A czym się interesujesz? Cisza. Cisza. Lubię śnieg. Śnieg? Śnieg?? Śnieg??? I każde „śnieg” mówią wyżej, i wyżej, i wyżej. Jak w jakiejś piosence. Narysuj nam tu coś lepiej.

Rysuję psa. Zaczynam od pazurów. Znałem psa, który miał jeden pazur dłuższy i pukał nim o podłogę, gdy chodził po domu. Raz, dwa, trzy i na cztery: PUK! Trzeba to narysować dokładnie, tak, aby tylko jeden pazur dotykał ziemi. Rysuję najlepiej, jak umiem. Tylko jeden pazur dłuższy. Ucichli. Nachylają się, co też on tam rysuje, co też, co też. Ojej, jak on wolno rysuuuje… I człowieka nie narysował jeszcze żadnego. Ani człowieka, ani nic, tylko coś, a co, nikt nie wie. Co to będzie, synku? Pyta, a nie jestem jego synkiem. W ogóle go nie znam. Pies to będzie.

Zawiodłem ich. Potwierdziły się obawy. Narysował psa. Ach, żeby psa. Mówi, że psa, a i psa tu nie widać. No, nic, zbierajmy się już, inni też chcą tu wejść i rysować. I nie psa narysują, tylko coś lepszego.

Idą teraz i milczą. Śnieg, śnieg, pada śnieg, śpiewam sobie w myślach. Nie dotykam nic rączkami, ani buzią, ani niczym. A pamiętasz z dzieciństwa relaksy? Wiesz, że znów je widziałam? Naprawdę! W sklepie je widziała! I cieszą się zaraz obydwoje. Nie pamiętam, żeby się kiedyś tak cieszyli, a pamiętam wszystko od dnia, gdy się urodziłem.

Ona miała żółte relaksy, a on brązowe z czarnym, bo do Gorzowa, gdzie mieszkał, żółtych już nie dowieźli, tylko te brzydkie, z brązowym. Śmieją się, ach, ten Gorzów, co za dziura, to i ja się śmieję. Potem spytam, jaka dziura, na razie nie. Przygarniają mnie do siebie i nie mam żadnej nadwrażliwości na niczym.

balwan