52 dyniowe babeczki

Jak co roku odwiedzają nas zastępy potworów. Duchów i upiorów, rozwijających się na wietrze mumii, był też jeden niebieski miś, stał za bratem, bardzo jeszcze mały i niebieski.

Jeszcze nie teraz, jeszcze się nie odważył, ale za rok Adaś też zostanie strasznym misiem. Kolejna sprawność na jego mundurku: „Już się nie boję spotkać tylu ludzi!” Już się nie będzie bał usłyszeć tyle nowych głosów, zmrużyć oczy przed tyloma światłami.

Bardzo lubię to nasze osiedlowe Halloween, bo u nas obowiązują nienaganne maniery.

- Puk! Puk! Cukierek albo psikus.

- A jakie macie psikusy?

- Nie mamy, ale możemy pożyczyć od pani keczup i pomalujemy klamkę. (Mira, podwórkowa skarbnica planów awaryjnych, lat siedem.)

- Nie, dziękuję. (I rozdaję po ciasteczku. W tym roku rozdałam ich pięćdziesiąt dwa.)

A potem duchy przepraszają, że niepokoiły:

- …i że przyszliśmy tak późno. Dobranoc pani!

I właśnie dlatego nie należy upiorów karmić byle landrynami, gumowatymi żelkami i niejadalnymi michaszkami. Należy im podać coś wykwintnego. Odkładać drobniaki cały rok, aby podać własnej roboty dyniową babeczkę, albo kokosową pralinkę z migdałowym sercem. To wyjątkowi goście: dzieci naszych sąsiadów, które przyszły nas obdarować w podzięce uśmiechem.